Get Adobe Flash player

Bogusław Jasiński, Krzyż

Bogusław Jasiński

Krzyż




Co można jeszcze napisać o znaku krzyża? I jak? Jest tak ciężki od znaczeń, że intelektualnie nie da się udźwignąć - w żadnej mierze ogarnąć jednym i wyczerpującym spojrzeniem. Dlaczego zatem w ogóle z nim się mierzyć? Bo nie można inaczej, albowiem jest podstawowym i najprostszym znakiem wiary. To pierwszy krok na jej drodze. A wykonać go trzeba zawsze po swojemu i na własny rachunek - czyli osobiście.

Jak zatem rozumieć krzyż? Czy mówimy tu o jakiejś metaforze lub symbolu? Ani o jednym, ani o drugim nie można tu mówić, bo to przecież nie jest poetyka. Krzyż jest jak najbardziej dosłowny, a nie poetycki. On wszelką estetykę po prostu rozsadza i nie da się ogarnąć żadnym słowem literackim, bo znaczy coś o wiele więcej.

Bo w istocie są to dwie najpospolitsze deski zbite w poprzek albo raczej bale drewniane - chropawe, spękane, raczej byle jakie i same w sobie nic nie znaczą. Tylko są. I być może nigdy by nic nie znaczyły więcej, niż prymitywna forma mordowania ludzi, gdyby nie wydarzenia sprzed ponad dwóch tysięcy lat, kiedy to ludzie postanowili w ten właśnie prymitywny i okrutny sposób przybić do niego, wcześniej bezlitośnie skatowanego, człowieka, który uważał się za Boga. To tu zaczęła się droga znaczeń i symboli. No i wreszcie znak krzyża, którym rozpoczynamy i kończymy każdą modlitwę.


W imię Ojca...


Zaczynamy bezpośrednio od zwrócenia się "do Ojca". To jest naprawdę samo w sobie bardzo zastanawiające: skąd ta "ojcowska" relacja? A jest ona przecież z natury swej ciepła, bliska, osobista, zawsze indywidualna. I tak zaczynam. Czy to wymyśliłem? Nie, tak nas nauczył Ten, którego nie chcieliśmy wpuścić do naszego świata. A zatem na samym początku zwracamy się symbolicznie "ku górze" - bo On jest wywyższony i nie możemy Go sprowadzić do poziomu li tylko życia. Bo przecież czynimy tak dlatego, gdyż to On życie moje ma uzasadnić, nadać mu sens i wartość. Tego oczekuję. I dlatego: Jego samego życiem tym nie uzasadniam. Mylili się i Feuerbach, i Steiner, a potem Marks i Engels pisząc, jak to człowiek sam z siebie niejako stwarza swoich bogów. Nie, takiego wynikania tu nie ma. Pomiędzy życiem jako takim a Nim samym jest przepaść sensu, a przez nią nie można ot, tak sobie przejść, lecz tylko przeskoczyć - to jest skok w wiarę. To jest wiara. A jak jest na odwrót, to znaczy spójrzmy na wynikanie w odwrotnym kierunku, czyli od Niego ku życiu. Tak, ta droga jest tak żywa, jak żywa jest wiara. To wynikanie istnieje, bo wierzę i dlatego życiu nadaję sens. Mamy tu zatem zawsze relację niesymetryczną - On zawsze, niejako z definicji, daje więcej. Nawet więcej, niż możemy wziąć. A na samym początku tej drogi jest skok w wiarę, czyli - jak u Marcela - w tajemnicę. To dobre określenie: skok... Bo tu nie ma żadnego rozumowego czy też intelektualnego uzasadnienia. To jest poza jakąkolwiek racją, w ogóle poza czymkolwiek dotąd znanym. Być może jest to jednak dar, ale taki, który zakłada wcześniejsze się otwarcie na niego. Czyli wyjście poza siebie, poza własne ja - człowiecze, życiowe, powszednie. Generalnie mówimy tu po prostu o otwarciu się na wertykalną oś wartości, tę właśnie "ku górze" zwróconą.


...i Syna ...

I wobec tego konsekwentnie z tą osią wartości i sensu mówię głośno o tym, że zwracam się także do "Syna", który został posłany przez "Ojca", by spiąć niebo z ziemią. Podążam za ruchem swojej dłoni - "w dół". I znowu rzecz niewyobrażalna w żadnych kategoriach - ani filozoficznych, ani estetycznych, ani w ogóle naszych "życiowych". On posyła kogoś najbliższego, własnego Syna... Dlaczego? Spróbujmy tylko rzeczywiście głęboko "przeżyć" to pytanie i nie zadowalajmy się prostymi odpowiedziami. Syn zstępuje ku życiu po to, by pokazać jego nieabsolutność, ułomność, w gruncie rzeczy względność, by wziąć je w nawias i odsłonić wymiar, który z niego samego wcale nie wynika - właśnie ów wymiar wertykalny. Zastanówmy się raz jeszcze nad tym wcale nie oczywistym faktem: to, co ja zrobiłem (wcale nie doskonale) w swoim jednostkowym przypadku, tzn. rzuciłem się w wiarę, bez żadnego oparcia i przygotowania racjonalnego, ba, odrzucając jednym ruchem wszelkie oparcia a przyjmując bezgranicznie ufność w Niego, otóż On-Syn, przez Niego posłany, chce uczynić, rzekłbym, w wymiarze globalnym: chce świat cały pchnąć w otchłań Tajemnicy. To rzeczywiście jest szalone i dlatego nie mogli Go zrozumieć, bo wszak bezlitośnie obnażył całą logikę tego świata i odsyłał bez kompromisów do logiki innej - logiki wiary. Nie, nie mogli tego zaakceptować i dlatego wysłali Go na krzyż. To rzeczywiście było poza ich rozumem, tego nie dało się rozumem samym objąć. I dlatego wykluczyli Go z tego świata.


... i Ducha Świętego...

I teraz dopiero zostaje przywołane "imię Ducha Świętego". I jednocześnie - symbolicznie poprzez gest dłoni - odsyła nas ono do linii horyzontalnej, która zarazem wyznacza przecież życie nasze. A On, choć został wykluczony z porządku tego świata, mimo to - paradoksalnie mocą wiary - pozostał. Jak? Jako "szmer łagodnego powiewu" - jak znajdujemy w piśmie
(I Ks. Królewska 19, 1-14). Jest pośród nas, przechodzi tuż obok, ale nie manifestuje swojej obecności jawnie. Tak wszak działa Duch św. dla tych, co nadziei nie stracili. A działanie to jest dyskretne, nie narzucające się - stanowi jakby rękę zawsze ku nam wyciągniętą. Kto zaś się odwraca, ginie jak Judasz Iskariota, albowiem zasznurowuje się we własną samotność, pogrąża się we własnym bólu, hołubiąc go niejako... A tymczasem ów delikatny "szmer łagodnego powiewu" drąży i przenika dyskretnie całą linię życia, wszystkie jego zdarzenia i fakty, wzloty i upadki, wszystkie jego przejawy. I oto okazuje się, że materia tego życia, nie jest bynajmniej ani tak szczelna jakby mogło się wydawać naszemu dumnemu rozumowi, ani tak całkowicie izolowana niczym samowystarczalna monada. Bóg nas nie opuszcza - nawet wtedy, kiedy niczego już nie widzimy oprócz samych siebie. I dlatego...


... amen.

...wypowiadamy "amen" zarazem jako zgodę na to wszystko, jak i potwierdzenie dla nas samych, że tak właśnie jest. Dokładnie teraz, w tej chwili, kiedy to mówię. Ale też od razu rodzi się we mnie wielkie pytanie: czy przypadkiem tego wszystkiego po prostu nie wymyślam? To znaczy, czy to wszystko, co napisałem na temat figury i symbolu krzyża, nie jest czasami płodem mojej wyobraźni? Albo precyzyjniej - czy po prostu nie jest jakąś formą, wizją, tworem mojej wyobraźni, czymś co nakładam niczym kantowską formę aprioryczną na rzeczywistość? Po co? - Chociażby po to, aby tę właśnie rzeczywistość jakoś uporządkować, jeszcze raz spróbować nadać jej sens! Tak, to wielka pokusa, która w tym pytaniu tkwi. Pokusa wycofania się z tego co napisałem - na bezpieczne pozycje mojego rozumu. Zawsze sprawdzalnego... Ale przecież już wyżej pisząc o relacji: życie - Bóg, mówiłem o jej niesymetryczności. A zatem, i to teraz jest oczywiste, jest dokładnie na odwrót, niż sugeruje to pytanie przed chwilą postawione - a mianowicie: figurę krzyża odczytuję z samej rzeczywistości. Wyprowadzam ją - niejako indukcyjnie - na mocy mojej logiki wiary, z samego życia właśnie. A więc niczego i nikomu, w tym samemu sobie, nie narzucam z góry. Niczego też nie zakładam, nie konstruuję na mocy wcześniej przyjętego założenia, odpowiednich przesłanek. Ba, ja w zasadzie nie rozumuję, ja odkrywam! Pochylam się uważnie, by lepiej rozumieć. Krzyż po prostu odczytuję z porządku tego świata. Dopiero teraz zaczynam rozumieć. Ale zawsze jest to osobiste i na własny rachunek czynione. Bo dotyka mojej najgłębszej prywatności. Ta droga musi być indywidualna. I znowu wracam do samego początku, czyli do osobowej relacji z Bogiem - i tu jest też ów skok w wiarę. Bo inaczej naprawdę się nie da. Usuwam wszystkie życiowe "podpórki", intelektualne protezy, pozbywam się jakiejkolwiek asekuracji - jestem szalony? Nie, moja wiara zakłada po prostu całkowite oddanie się - to jest proste i jednoznaczne (w swojej książce "Tezy o ethosofii" ten proces, oczywiście w planie filozoficznym, nazwałem redukcją ethosoficzną).
Powyższa interpretacja znaku krzyża wynika poniekąd ze stanowiska filozoficznego samego autora i dlatego nie może pretendować do jakiejś wykładni ogólnej. Niemniej jednak, jeśli tylko pozwoli głębiej zastanowić się nad tym podstawowym krokiem wiary, a także kształtem wiary jako takiej, to tekścik ten - w opinii piszącego te słowa - nie pójdzie na marne.

Stanisław Jachułkowski, 11. LISTOPADA

Stanisław Jachułkowski

11. LISTOPADA



Wolności Polsce nie podarowali,
Rodacy za nią krew przelewali
W kraju i na całym świecie,
Musi o tym wiedzieć polskie dziecię.

W 1795 z map Polskę wymazano,
Ale z serc polskich nie zdołano.

Były zrywy zbrojne, wolnościowe:
Powstanie Styczniowe, Listopadowe,
Dowodem wielkiej Ojczyzny miłości,
Wiodły rodaków do niepodległości.

Szóstego sierpnia roku 1914
Wyruszyły Legiony Józefa Piłsudskiego.
Cztery lata zaciętej walki toczyły,
W 1918 zaborców z kraju wypędziły.

Nie była to Ojczyzna jeszcze doskonała,
Długo piętno po zaborcach zrzucała.

Ale rodacy patriotycznie wychowani
Dzielnie bronili kraju przed faszystami,
Których komuniści na Bugu witali
I czwartego rozbioru Polski dokonali.

Jak ojcowie i dziadkowie nasi,
Polakami musimy zawsze być,
Naszych uczuć nikt nie zgasi,
W wolnej Polsce będziemy żyć.

Niech na polskiej ziemi i wszędzie
Wolności brzmi gromki śpiew.
Wiecznie w sercach naszych będzie
Kto za wolną Polskę przelał krew.

Ks. Krystian Sokal,Przy relikwiach Świętego Papieża wśród Inukow - wspomnienia misjonarza

Ks.Krystian Sokal,misjonarz.

Przy relikwiach Świętego Papieża  wśród Inukow.

    Żywo rysuje sie w mojej pamieci spotkanie z Janem Pawlem II na Watykanie w roku 2002 kiedy to cala grupa naszego wspanialego rocznika misyjnego udalismy sie na spejalna audiencje. Wsrod  nas, wychowankow Centrum Misyjnego w Warszawie,byla obecna pani dr Wanada Blenska, ktora dlugie lata  jako misjonarka- lekarz pracowala w Ugandzie z tredowatymi.
Czekalismy cierpliwie na Ojca Swietego. Pouczano nas, abysmy nie zameczali soba, juz wtedy schorowanego Jana Pawla II, a w szczegolnosci mielismy pamietac,ze nie nalezy sciskac papieskiej dloni zbyt mocno.
Jan Pawl II powoli zblizal sie do krzesla wspierajac sie na lasce, ktora jakby do mnie mowila,ze wystukuje nia swoje lata zycia, pontyfikatu i cierpienia.
 Natychmiast otoczylismy Ojca Swietego prawie piecdzesiecioosobowa grupa. Pamietam, ze w trakcie rozmowy z siostra Dariana Jasinska (pracujaca obecnie na misjach w Kenii) odezwal sie O.Konrad Hejmo mowiac, ze jeszcze chce cos powiedzic pani Blenska. Wtedy papiez odezwal sie:”Pani doktor Wanada Blenska.” To bylo niesamowite. Jan Pawel II zaskoczyl kazdego z nas tak doskonala pamiecia o pani doktor i jej pracy misyjnej.
Wiele obrazow odzywa w mojej pamieci zwiazanych z osoba swietego Jana Pawla II az po dzien dzisiejszy i wiem, ze tak bedzie i w przyszlosci. Szczegolnie wiele wspomnien  naplynelo 14 marca 2014 r. Wsrod sniegow i lodow arktycznych Nunavut, na dalekiej polnocy kanadyjskiej, na misji w Rankin Inlet, gdzie pracuje polski fideidonista z diecezji czestochowskiej ks. Marcin Rumik.
Rankin Inlet, czyli gleboka zatoka, polozony jest nad polnocno-zachodnia czescia zatoki Hudsona. Archeolodzy datuja, ze pierwszymi  osadnikami tego terenu (ok.1200r.) byli ludzie z plemienia Thule bedacy grenlandzkimi mysliwymi wielorybow.
Pierwszymi europejczykami,ktorzy dotarli do Rankin Inlet, a byl to rok 1600, byla Brithish Royal Navy na czele ktorej  to ekspedycji stal porucznik John Rankin.
Historia diecezji Churchill- Hudson Bay, ktora swym zasiegiem obejmuje Rankin Inlet odnotowuje, ze w 1868 roku ksiadz Alphonse Gaste ze zgromadzenia ksiezy oblatow dotarl do dzisiejszej prowincji Nunavut i tam na dalekiej polnocy spotkal pierwszych Inukow, ktorych popularnie nazywamy Eskimosami, nad rzeka Kazan, gdzie ostatecznie osiadl, aby podjac prace duszpasterska jako misjonarz, majac w swym pastoralnym  zasiegu obecne miejscowosci Baker Lake i Chesterfield. Owocem jego pracy, a takze
jego nastepcow jest budowa pierwszego kosciola misyjnego w Chesterfield w roku 1912, ktory funkcjonuje do dzisiaj. To wlasnie stad rozprzestrzenia sie oddzialywanie ewangelizacyjne, charytatywne, edukacyjne, a takze medyczne.
Rankin Inlet w 1957r. Wpisuje sie bardziej w trwala karte arktycznych misji tym, ze powstaje tutaj pierwszy budynek misyjny i ostatecznie kosciol p.w. Maryi Naszej Matki.
Data, ktora naglasnia istnienie Rankin Inlet jest 12 listopada 1986 r., kiedy to w tragicznym wypadku samolotowym ginie biskup diecezji Churchill-Hudson Bay Omar Robidoux, OMI. Po nim na stolice diecezji zostaje powolany ksiadz Reynald Rouleau, takze Oblat, ktory w Rankin Inlet zostaje konsekrowany na biskupa 29 lipca 1987 r. Tutaj tez odbyla sie konsekracja biskupia obecnego ordynariusza tej diecezji pochodzacego z Polski ks. Wieslawa Antoniego Krotkiego, ktory jako misjonarz przepracowal 23
lata w ziemii pokrytej lodem i sniegiem w Igloolik. Niezwykle umilowanie tego ludu, ktory popularnie nazywamy Eskimosami, nakazuje mu posiasc biegla znajomosc jezyka Inukow. Tenze biskup 14 marca 2014 ( piatek) przewodniczyl mszy swietej koncelebrowanej wraz z ks.pralatem Slawomirem Oder z Rzymu,  ks.Marcinem Rumikiem i ks.Krystianem Sokal (obaj fideidonisci) podczas ktorej witano relikwie swietego Jana Pawla II.
Podczas uroczystosci przekazania relikwi dla naszej diecezji w Rankin Inlet doliczylismy sie 350 osob. To  bylo niezwykle z jaka  poboznoscia, skupieniem i powaga podchodzili ci ludzie, aby ucalowac relikwiarz zawierajacy krople krwi z sutanny sw.Jana Pawla II. Relikwia ta pochodzi z pamietnego dnia zamachu na Ojca Swietego.
Podczas tej uroczystosci byla ekipa filmowa. Jeden z panow z tejze ekipy powiedzial,ze krecil wiele scen z przekazania relikwi sw. Jana Pawla II,ale dopiero tutaj, w Rankin Inlet, doznal szczegolnego poruszenia, gdy zobaczyl niezwykle przezycie wpisane w twarz i oczy miejscowych ludzi. Dla mnie, piszacego tego slowa, ten dzien mial takze wiele wrazen podobnych, gdy patrzylem  na te niezwykla procesje ludzi zblizajacych sie do relikwi i opatulonych w swoje cieple stroje w ow marcowy mrozny
wieczor. Jawily mi sie takze obrazy z moich spotkan z Janem Pawlem II. Wracalem pamiecia do Czestochowy, do pierwszej wizyty papieskiej w czerwcowe i gorace dni, gdy trzymalem w swoich dloniach dlonie papieskie.To bylo niezwykle cieplo rak. Tego sie nie da zapomniec, gdy w tym momencie spotkaly sie nasze oczy, a w nich, papieskich oczach,  jakies  tajemnicze przeslanie dla mnie, ktory wtedy bylem alumnem seminarium wroclawskiego.
Nie sposob nie wspomniec homilii ksiedza biskupa Krotkiego ze wspomnianego dnia 14 marca 2014r.,bo byla poruszajaca i przepelniala lzami plynacymi z jego oczy. Ja wiem dlaczego tak bylo, i musze to podkreslic, ze wzruszenie tchnelo wrecz blagalnymi slowami do sw. Jan Pawla II, aby nie tylko Rankin Inlet, ale cala nasza diecezje wsparl przed tronem Boga, bo tyle w niej bolu spowodowanego tragedia smobojstw, narkotykow,rozwodow i alkoholizmu. Tym problemom  nie jest latwo zaradzic ludzkimi
sposobami , ale jedynie wiez zywa z Bogiem moze budowac wspaniala swiatynie Boga w sercach ludzkich. Eskimosi tego pragna ze lzami w oczach,bo widza wspaniale swiadectwo zycia misjonarzy i chrzescijanskiego srodowiska mimo,ze wiele przekazow medialnych wspolczesnego swiata demoralizuje kolonizujac ich szczegolna swiatynie ducha i owo Boze igloo duszy niesmiertelnej.
Swiety Janie Pawle II,szczegolny nasz mieszkancu arktycznej ziemi, przez swe wstawiennistwo u Bozego tronu upros nam, aby zadne burze, mgly i sniegi obecnej cywilizacji nie przykryly Bozego ducha, zauroczenia Kosciolem i ewangelia Chrystusa. Pomoz nam misjonarzom i tutejszemu Kosciolowi  rozwiac dramaty ludzkich serc, aby siwiecily na pieknym blekicie arktycznego nieba, ktore dal nam Stworca, cudownym swiatlem zorzy polarnej. Niech Maryja, ktorej tak bezgranicznie zaufales, bedzie zawsze
jasniejaca Gwiazda ewangelizacji dla dalekiej kanadyjskiej polnocy.       

 

Ks. Krystian Sokal

KRÓLEWSKA SŁUŻBA
Wspomnienia misjonarza z Zambii


Diamentowy jubileusz (75 lat) Małych Służebnic Maryi Niepokalanej ze Starej Wsi w Zambii i w RPA (1928-2003) zaznaczył się wydaniem bogato ilustrowanej książki i kalendarza, które to wydawnictwa przedstawiają miejsca i pracę tego Zgromadzenia na Czarnym Lądzie. Autorem książki jest zambijska siostra Irene Chowa.

Wspomniane siostry często nazywane są, tutaj w Zambii, siostrami z Kasisi (tu posiadają swój dom prowincjalny) albo też blunankami. Ta ostatnia nazwa wiąże się z niebieskim kolorem habitu.

Podczas Mszy św. jubileuszowej w kościele na Matero w Lusace – gdzie znajduje się konwent naszych sióstr – najbardziej wzruszającym momentem była barwna i symboliczna procesja afrykańska podczas liturgii Słowa Bożego. Niesiono wtedy księgę Pisma świętego, z której została odczytana Ewangelia dnia (8 XII). Do połowy kościoła, tanecznym krokiem, niosły tę księgę siostry polskie. Dalszy etap należał do sióstr zambijskich, które przejęły świętą księgę od siostry Teresy Szmit i złożyły na ręce pierwszego kardynała Zambii Adama Kozłowieckiego. Wraz z nim Mszę św. koncelebrowali: abp Orlando Antonini – nuncjusz apostolski oraz abp Lusaki Medardo Mazombwe wraz z gronem księży.

Po zakończonej Mszy św. jubileuszowej odbyło się wspaniale zorganizowane spotkanie w dużym hallu szkolnym na Matero. Uroczystościom tym przewodniczył śpiew sióstr wraz z zespołem braci Sakala, który jest bardzo popularny w Zambii. Dodać należy, że właśnie z tej rodziny pochodzi siostra Euphrasia Sakala, która po zakończeniu pracy jako przełożona prowincjalna wyjechała do Tanzanii wraz z czterema współsiostrami swojego zgromadzenia.

Jako ciekawostkę pragnę dodać, że zespół braci Sakala gościł swego czasu w Polsce, co ułatwiła im pochodząca z Hajnówki siostra Angelika Tabuła ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny.

Podczas jubileuszowego obiadu naszą uwagę bardzo przykuło przedstawienie teatralne w wykonaniu zambijskich nowicjuszek i sióstr ze zgromadzenia blunanek, bo pokazały one w sposób bardzo ekspresyjny przybycie pierwszych sióstr z Polski na afrykańską ziemię. Podkreślono też, że w 1948 roku siostry otwarły pierwszy dom w RPA w Johannesburgu, gdzie mieści się wspaniale prowadzone przedszkole. W sumie w RPA są cztery domy. Ostatni z nich otworzono w 1997 roku w Matatiele.

Ukoronowaniem tego jubileuszowego dzieła jest piękny dar, wywodzący się z samego serca Sióstr Służebniczek: oto w lutym 2006 roku grupa pięciu sióstr zambijskich udaje się do pracy misyjnej w Tanzanii.

Założycielem Małych Służebnic Maryi Niepokalanej jest człowiek świecki, Edmund Bojanowski (14. 11. 1814 – 7. 08. 1871), którego Jan Paweł II beatyfikował 13 czerwca 1999 roku. Za początek Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Starowiejskich uważa się dzień 30 maja 1850 roku. Ich charyzmatem jest opieka nad sierotami, chorymi, praca pastoralna, charytatywna oraz praca w szkolnictwie. Siostry szczególną uwagę przywiązują do edukacji kobiet, które w zambijskiej rzeczywistości nie posiadają możliwości, aby kształcić się zawodowo.

Pierwsze siostry przybyły z Polski do Zambii (wtedy jeszcze Rodezji) ze Starej Wsi do Chingombe w 1928 roku, a w rok później osiedliły się w Kasisi, niedaleko zambijskiej stolicy Lusaki. Pionierska grupa to: Krystiana Gondek, Cypriana Małecka, Stanisława Łabno, Urszula Wiktor, Romana Wilk, Frydolina Macior, Rufina Świrska, Amalia Rozowicz, Adalberta Rajchel, Gertruda Bełch, Melania Galus, Adolfa Pięta, Laurencja Dydek, Serafina Bednarska, Petronela i Alojza Krypel.

Pierwsze kroki w celu sprowadzenia Służebniczek Starowiejskich do północnej Rodezji (obecnie Zambii) podjął jezuicki misjonarz z Polski o. Apoloniusz Kraupa (zm. 9. 12. 1919 r.), zabierając ze sobą na afrykańską ziemię grudkę ziemi z grobu jego rodzonej siostry, która należała do Zgromadzenia Służebniczek Starowiejskich. Czynił to w nadziei, że będzie to pierwszy zasiew pod przyszłą pracę tychże sióstr na Czarnym Lądzie. Jednak I wojna światowa nie pozwoliła na zrealizowanie podjętych przedsięwzięć.

Kolejne wysiłki, z pozytywnym skutkiem, podejmują również jezuiccy misjonarze z Polski: Jan Spendel, Władysław Zabdyr i Stanisław Wawrzkiewicz. W grupie tej są także: Józef Boroń, Franciszek Bulak i Józef Duda. Wszyscy oni otrzymują krzyże misyjne w Krakowie i wraz ze wspomnianymi już siostrami wyruszają w podróż, aby statkiem z Gdyni przez Hamburg i Kapsztad dotrzeć do RPA, a stamtąd pociągiem do obecnej Zambii. Do Kasisi docierają 15 czerwca 1928 roku, a we wrześniu tegoż roku osiedlają się w Chingombe. W styczniu 1929 roku część sióstr przybywa na polską misję jezuicką do Kasisi, aby rozpocząć pracę w sierocińcu. Jedną z pierwszych sierot, która tutaj trafia, jest dziewczynka, której matka zginęła w buszu. Osaczona przez ogień, nie mająca możliwości ucieczki, matka własnym ciałem nakryła dziecko, ratując mu życie. Na chrzcie św. ocalona dziewczynka otrzymała imię Margaret.

Liczba sierot w Kasisi w 1931 roku wynosiła siedmioro dzieci, a w 1987 roku odnotowano, że przez sierociniec przewinęło się tysiąc dzieci porzuconych przez rodziców czy krewnych oraz dzieci ulicy i chorych na AIDS.

W ostatnim czasie sierociniec w Kasisi został gruntownie odnowiony i rozbudowany pośród pięknego ogrodu, w którym stoi pokaźnych rozmiarów statua błogosławionego Edmunda Bojanowskiego tulącego dzieci.

Tutaj, w Kasisi, znajduje się również dom prowincjalny, nowicjat, szkoła i dom rekolekcyjny wraz z okazałą kaplicą, gdzie z całym oddaniem pracują, kształcą się i modlą Małe Służebnice Niepokalanej Maryi.

Siostry Służebniczki bardzo gorliwie pracują w Home Based Care (pomoc najuboższym) na wielu misjach. Pionierką tego dzieła jest siostra Sylwia Masiwire, odnotowująca 449 osób, którym niesiona jest pomoc. Liczba ta ciągle się powiększa nie tylko z racji głodu, braku pracy czy ludzkiej bezradności, ale także z powodu wielu chorób, a w szczególności AIDS.

Niektóre z sióstr są nawet „proboszczami”, jak np. działo się to na misji w Itezhi – Tezhi w diecezji Monze, gdzie siostry rozpoczęły pracę w 1996 roku, powierzając swój konwent Miłosierdziu Bożemu i opiece św. Józefa. Na tej misji przez dwa lata nie było księdza (kapłan przyjeżdżał tylko od czasu do czasu), a więc siostry z ogromnym poświęceniem pracowały pastoralnie, organizując pełny zakres ewangelizowania środowiska im powierzonego. Dzisiaj jest tu kapłan na stałe, a siostry prowadzą przedszkole, pracują w szkole, katechizują oraz prowadzą kursy gotowania i szycia. To wydaje swoje owoce, bo są już trzy kandydatki do zgromadzenia sióstr, a także są pierwsze owoce powołań kapłańskich.

Mimo trudności finansowych spowodowanych wybuchem II wojny światowej, która zamyka dopływ środków finansowych na tereny misyjne, siostry otwierają nowe domy. Jednym z nich jest konwent św. Józefa w Katondwe, założony w 1939 roku, gdzie dzisiaj jest szkoła i klinika odwiedzana również przez ludzi z Mozambiku. Tutejszej wspólnocie sióstr z Polski i Zambii przewodzi nasza rodaczka, siostra Mirosława Góra, która jest lekarzem chirurgiem. Wcześniej z ogromnym oddaniem pracowała tutaj jako lekarz siostra Teresa Wiączek, przebywająca obecnie na zasłużonym wypoczynku w Kasisi. Mimo że sama jest schorowana i pomaga sobie w chodzeniu laską, to zawsze ma uśmiech na twarzy i dobre słowo dla każdego.

Jedną z barwnych postaci wśród sióstr z Kasisi, często wspominaną w czasie jubileuszowych uroczystości, była siostra Petronela Krypel, która wypowiedziała znamienne słowa: „My przybyliśmy dla nich, my pozostawimy ten kraj dla nich; my mamy otworzyć im nasze serca, my powinniśmy również otworzyć nasze domy dla nich” (wypisano je także na jej nagrobku).

Liczba domów Sióstr Służebniczek Starowiejskich ciągle wzrasta i łącznie z domem przy nuncjaturze apostolskiej w Lusace, gdzie nasze siostry pracują od 4 lutego 1979 roku, jest ich siedemnaście. Pionierską pracę w tym miejscu rozpoczęła siostra Irena Kostyra, która była także pierwszą prowincjalną w Zambii.

Powiększa się też zakres prac sióstr w Kasisi, bo oto w 1998 roku na północy Zambii w Mpice poproszono, aby siostry podjęły pracę w miejscowej kurii oraz w szpitalu Chilonga. Prac tych podejmują się w coraz większym zakresie siostry zambijskie, wypełniając tym samym przepiękną kartę zgromadzenia. Jedną z tych wspaniałych postaci była siostra Catherine Zulu, która nigdy – jak się wydawało – nie była zmęczona pracą w szpitalu czy też odwiedzinami chorych w buszu. Była niezastąpiona. Niestety, 28 czerwca 1990 roku wracając do konwentu z Chipata, gdzie w rodzinnym domu spędziła swój urlop, zginęła w wypadku drogowym.

W Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek Starowiejskich ogromną wagę przywiązuje się do edukacji. O tym świadczy fakt, że obecnie dwie siostry przybyłe z Zambii studiują w Polsce na KUL-u.

Codziennym zawołaniem modlitewnym Sióstr Służebniczek Starowiejskich jest: „Przez Maryję do Jezusa”, co otoczone codziennym różańcem jest królewską służbą – powiedziała obecna na uroczystościach diamentowego jubileuszu Matka Generalna Mariola Karaś.

Ks. Waldemar Ziembicki, Elementy antropologii w pierwszej encyklice Benedykta XVI „Deus caritas est”

Ks. Waldemar Ziembicki

Elementy antropologii w pierwszej encyklice Benedykta XVI „Deus caritas est”


Dobrze się dzieje i słuszna to prawidłowość, że wielu podejmuje różnego rodzaju rozważania związane z nauczaniem papieskim. Nauczanie to, choć kierowane nie tylko do duchownych członków Kościoła, ale do wszystkich wiernych często bywa nie dość przyswajane, szczególnie przez tych, którzy nie muszą tego czynić z racji zajmowania się teologią w sensie akademickim. Tak stało się z nauczaniem choćby Sługi Bożego Jana Pawła II. Wszyscy bili mu brawo, ale mało kto słuchał tego, co mówił, czego nauczał. Pamiętamy wielkie poruszenie związane ze śmiercią papieża, zapalane światełka, ogromne wzruszenie. Ci sami jednak ludzie, zapytani o to, co zapamiętali z ogromnego dziedzictwa jego myśli, nie potrafili właściwie nic powiedzieć, oprócz nie wiele znaczących ogólników. Nie wolno zatracić tej ogromnej spuścizny, jaką nam zostawił Jan Paweł II. Trzeba na nowo i systematycznie wracać do tego ogromnego skarbca pewnej nauki wśród tak wielu niepewności dzisiejszego świata.

Po śmierci Wielkiego Papieża jego następcą stał się Benedykt XVI. Zachowując ciągłość nauczania papieskiego, oddał nam wszystkim w ręce swoją pierwszą encyklikę „Deus caritas est”. Była ona bardzo oczekiwana. Pojawiało się wiele spekulacji w prasie i telewizji na jej temat. Większość publicystów i dziennikarzy spodziewała się jakiegoś tekstu programowego. „Żelazny kardynał” miał twardo wypunktować zasady wiary i chrześcijańskiej moralności, być może rzucić anatemę lub coś podobnego. Nie trzeba się dziwić takim spekulacjom mediów, które dziś wciąż gonią za sensacjami, by zwiększać poczytność lub oglądalność, często zapominając o swojej prawdziwej misji przekazywania prawdy. Ku zaskoczeniu wielu, Benedykt XVI podjął rozważanie na temat miłości. I znowu poruszenie, niestety na zasadzie płonącego snopa słomy. Z drżącymi rękoma zaczęto szukać w tekście przede wszystkim tego, co dotyczyłoby głównie jednego tylko aspektu miłości – eros. Spodziewano się odniesień do być może wolnych związków, czy związków tzw. partnerskich. Szukano może jakiejś ich akceptacji. Jeśli nie, to chociaż wyraźnego potępienia, czegokolwiek, co było by medialne i sensacyjne. A co z „wolną miłością”? Nic takiego nie znaleziono. Joseph Ratzinger – Benedykt XVI, jako człowiek doświadczony i z ogromnym bagażem przeżyć i przemyśleń intelektualnych i duchowych mówi o miłości, wskazując na nią jako na istotę wiary chrześcijańskiej. Omawia zagadnienie miłości w sposób mało interesujący dla mediów, dlatego zdaje się, cały „szum” wokół pierwszej encykliki papieskiej zamilkł.

Chrześcijaninowi jednak nie wolno zamilknąć. Trzeba przeprowadzać co rusz to nową refleksję, ponieważ nauczanie papieskie jest nauczaniem Kościoła i dotyczy każdego chrześcijanina, każdego człowieka.

Czego więc dowiadujemy się o człowieku w encyklice Benedykta XVI? W jaki sposób papież mówi o tym, kim jest człowiek, dokąd zmierza i jakie łączą go relacje z Bogiem i z drugim człowiekiem? Szukamy więc wątków antropologicznych.

Antropologia, to próba refleksji podjęta przez człowieka, w której zmierza on do zrozumienia samego siebie. W tej refleksji człowiek podąża bądź to drogą aprioryczno-transcendentalną, bądź to kierując się światłem objawienia Bożego, bądź to obierając za podstawę rozważań nauki aposterioryczne (medycynę, biologię, psychologię, socjologię itp.). Karl Rahner i Herbert Vorgrimler w swojej definicji antropologii podają, że antropologia teologiczna właściwie rozumiana musi być traktowana jako nauka aposterioryczna z tej racji, że zakłada to, co w historycznym orędziu wiary już zostało powiedziane na temat człowieka. Takie założenie nie przekreśla jednak możliwości, że interpretacja człowieka uzyskana w historycznej przygodności jest absolutna, fundamentalna i rozstrzygająca. Człowiek jest przecież, zgodnie ze swoją istotą, tym, który w sposób nieunikniony zdany jest na to, co historyczne i zarazem aposterioryczne, i czego racjonalistycznie nie może odrzucać jako czegoś nieistotnego. W każdym akcie refleksji człowiek dany jest sobie jako historycznie uwarunkowany. Antropologia teologiczna zasadnie nawiązuje do faktycznego samorozumienia człowieka, które czerpie on z historycznej tradycji i żywej wiary.

Pytając w sposób systematyczny o istotę człowieka należy sięgnąć także do antropologii biblijnej (Hildegard Gollinger), która przekonuje nas przede wszystkim, że ani w Starym Testamencie, ani w Nowym Testamencie człowieka nie rozpatruje się ze względu na niego samego – zgodnie z resztą ze wcześniejszymi założeniami antropologii teologicznej Rahnera i Vorgrimlera – ale zawsze w jego relacji do Boga. Ten, który został stworzony przez Boga, jest także odniesiony do Boga i w ten sposób doświadcza siebie w swoim „skąd” i „dokąd” jako bezpiecznego i wezwanego. Ponieważ człowiek biblijny jest jednocześnie świadom swej historycznej egzystencji, dlatego jego istoty nie da się opisać w kategoriach statystycznych, ale tylko osobowych.

Znając już definicję antropologii przejdźmy teraz to tekstu encykliki, który mamy w jej kontekście poddać analizie i poszukiwaniom. Encyklika Benedykta XVI rozpoczyna się od fragmentu pierwszego listu św. Jana Apostoła: „Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4, 16). Jest to nawiązanie do tradycji teologicznej, z którą związany był obecny papież, to znak hołdu złożonego Janowi Pawłowi II. Jednakże sama analiza tego tekstu na tle współczesnych poglądów oraz sytuacji egzystencjalnej daje wiele do myślenia nie tylko teologom. Ks. dr Witold Baczyński, wykładowca filozofii przyrody w WSD w Świdnicy wskazuje na identyfikację: Bóg = miłość, także w historii. Stwierdza, że sama już analiza cytatu jest zaproszeniem do analizy współczesności w aspekcie teoretycznym i egzystencjalnym. Innymi słowy, można powiedzieć: orędzie z jakim Bóg wychodzi do człowieka i ludzkie życie, działanie, istnienie, kultura. „Bóg jest miłością”, to mocne słowa dla współczesnych myślicieli, którzy miłość traktują jako coś jedynie ludzkiego, jako uczucie, efekt będący wynikiem procesów zachodzących w organizmie. Papież chce poprzez ten tekst przypomnieć o związkach miłości z Bogiem sprowadzając je do identyfikacji.

Wydaje się, że dzisiejszy obraz miłości, jej rozumienie, skupianie się na człowieku jako jej źródle, różnego rodzaju dewiacje związane są z błędnym pojmowaniem kultury, lansowaniem kultury „dziwnej”, oderwanej od tego co transcendentne, metafizyczne. Ks. prof. Stanisław Rabiej, prodziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Opolskiego, w swoim rozważaniu o kulturze i jej funkcji integracyjnej stwierdza, że to człowiek jest dziedzicem i ojcem kultury, w której żyje. Sposób, w jaki przeżywa otaczającą go rzeczywistość, jest także przeniknięty kulturą. Prawdę o sobie samym odkrywa w kulturze określonego narodu. Wydaje się, że błędne rozumienie miłości bierze się właśnie z błędnego rozumienia kultury, z niewłaściwego przeżywania owej otaczającej człowieka rzeczywistości.

Idąc dalej po linii rozważań ks. Rabieja widzimy, że w epoce postmodernistycznej słowo „kultura” oznacza też ateistyczny sposób bycia i życia, przeciwstawiony religii i moralności religijnej. Religia w tym kontekście jest rzekomo „niekulturą”, wstecznictwem, ciemnotą. Natomiast uosobieniem kultury, według tych kryteriów, jest człowieczeństwo pełne, hołdujące wolności, postępowi, prawu do demitologizacji. Myślę, że stąd właśnie bierze się ta tzw. „wolna miłość” i różnego rodzaju odejścia od tego, co boskie na rzecz tego, co ludzkie. Właściwe będzie w tym miejscu stwierdzenie Jana Pawła II : „żyją tak, jakby Boga nie było”. Wobec tego wszystko mi wolno. To ja jestem źródłem miłości. To ja mogę ją dać lub nie, sam z siebie, komu chcę – niezależnie od płci. Zamęt – tak nazwałbym taką sytuację, taki stan rzeczy. A jeszcze trafniej można taki stan rzeczy nazwać za ks. Kazimierzem Wolszą: „metafizyczny smutek”. Ks. Wolsza – profesor Uniwersytetu Opolskiego, przytacza również słowa Benedykta XVI sprzed dwudziestu lat: „Najgłębszą przyczyną tego smutku jest brak wielkiej nadziei i nieosiągalność wielkiej miłości”. Oraz te wypowiedziane 21 sierpnia 2005 roku w Kolonii podczas Światowych Dni Młodzieży: „Tak wiele chłopców i dziewcząt przeżywa zamęt, bo są pozbawieni zadowalających odpowiedzi na pytania o sens życia i śmierci, o swoją teraźniejszość i swoją przyszłość. Wiele propozycji współczesnego społeczeństwa prowadzi do pustki i niestety wielu młodych ludzi kończy na „ruchomych piaskach” alkoholizmu i narkomanii bądź w matni grup ekstremistycznych”.

Nie dziwi zatem temat podjętego rozważania w pierwszej encyklice. Rzeczywiście jest trafny i wychodzi naprzeciw ludziom poszukującym wskazując na istotę. Sama encyklika podzielona jest na dwie części, z których pierwsza traktuje o miłości w stworzeniu i historii zbawienia, druga zaś wyjaśnia caritas jako działanie wspólnoty miłości. Ks. Baczyński wskazuje, że w samej jej treści można rozpoznać kilka warstw, które należy uwzględnić podczas lektury tekstu, są to warstwa filozoficzna, teologiczna i egzystencjalna. Warstwa filozoficzna zawiera odniesienia papieża do fragmentów dotyczących różnych wymiarów miłości, pochodzących od klasyków filozofii. Benedykt XVI z wielkim szacunkiem odnosi się do myślicieli, którzy w zdecydowany sposób przyczynili się do obecnego kształtu europejskiej kultury i choć czasami istnieje poważny dysonans między ich poglądami a nauką Kościoła, to komentarz papieża jest niezwykle powściągliwy. W wielkim bowiem skrócie przedstawia naukę Platona dotyczącą rozumienia miłości oraz przypomina o kształcie greckiego spojrzenia na miłość w ujęciu eros. Zarzuty Nitzschego dotyczące roli, jaką odegrał Kościół i chrześcijańska moralność w „związaniu Erosa” odpiera, wykazując, że ujęcie niemieckiego idealisty jest daleko idącym uproszczeniem, redukującym seks do wymiaru przyjemności a ciało do sfery towaru. Na innym miejscu odwołuje się do tradycji materialistycznej obecnej w filozofii niemieckiej XIX wieku. Rozumienie sprawiedliwości i sposoby jej przywrócenia metodą komunistycznej rewolucji uważa za propozycję nie do przyjęcia przez chrześcijan. Wreszcie nawiązanie do „rozumu praktycznego” to jak najbardziej ukłon w stronę najsłynniejszego niemieckiego myśliciela – Kanta. W toku dyskusji o roli Kościoła we współczesnym społeczeństwie przypomina o tym, że rozum nie jest wolny od błędów i nie jest w stanie sam z siebie zainspirować moralnie na tyle mocno, aby spełnić wymagania miłości nieprzyjaciół. W tych punktach upatruje zadania Kościoła, który powinien oczyszczać rozum praktyczny i inspirować siły moralne. Tak pokrótce można scharakteryzować dokument papieski według ks. Baczyńskiego. Niewątpliwie jest on odpowiedzią Benedykta XVI na kryzys miłości w dzisiejszym świecie, na ów, wspomniany już wcześniej, „metafizyczny smutek”. Tą odpowiedzią jest miłość – philia (miłość przyjaźni), agape, dobrze rozumiana eros.

Miłość decyduje o byciu człowieka (Stanisław Grygiel). Nadaje ona kształt ludzkiemu istnieniu. Z kształtu istnienia wnioskuje się, przez co jest ono poruszone i ku czemu się wysila. „Ciężarem moim jest moja miłość. Dokądkolwiek jestem unoszony, przez nią jestem unoszony” (św. Augustyn). Miłość prawa rodzi osobę, nieprawa – rozkłada ją i niszczy. „Kto chce dawać miłość, sam musi ją otrzymać w darze” (DCE, p. 7).

Zdaniem papieża, według ks. Wolszy, podstawą zdolności człowieka do okazywania miłości jest doświadczenie miłości ze strony innych, także ze strony Boga. Dla potwierdzenia tych uwag wystarczy przyjrzeć się osobom, które w pierwszych miesiącach życia zostały porzucone przez rodziców, które nie zostały potem potwierdzone przez miłość, która objęłaby całe ich życie. Miłość nadprzyrodzona – tak jak każda miłość – rodzi się z danego mi w wierze „tak”. Owo „tak” pochodzi od „Ty”, które jest większe od ludzkiego „ty”. Jest to „tak” Boga, które wkracza w moje życie poprzez „tak” Jezusa Chrystusa.

Papież Benedykt definiuje, także w encyklice (p. 5), miłość jako wielkie „tak”, a więc jako akt zasadniczej aprobaty drugiego. Miłość jest doświadczeniem ze strony „Ty” aprobaty mojego „Ja”, a więc wielkiego „tak” odniesionego do mnie. Owym „Ty” jest drugi człowiek, jest nim także „Ty” Boga. Dopiero takie doświadczenie uzdalnia człowieka do okazywania miłości. Wtedy miłość staje się „tak” dla metafizycznej wielkości człowieka. „Patrzę oczyma Chrystusa i mogę dać drugiemu o wiele więcej niż to, czego konieczność widać na zewnątrz: spojrzenie miłości, którego potrzebuje” (DCE, p. 18).

„Miłość Boga wobec nas jest sprawą zasadniczą dla życia i niesie ze sobą decydujące pytania o to, kim jest Bóg i kim my jesteśmy” (DCE, p. 2). To pytania z dziedziny antropologii stawiane przez Benedykta XVI. To pytania, na które odpowiedzi kreśli nam papież. Bóg jest miłością i zakochał się w człowieku. Istotą egzystencji człowieka jest przykazanie miłości, a ponieważ to Bóg pierwszy ukochał człowieka, to nie jest to już przykazanie, lecz odpowiedź na dar miłości, z jaką Bóg do nas przychodzi. To także chrześcijański obraz Boga i wynikający z niego obraz człowieka i jego drogi: „Kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4, 16). „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam” – to zasada chrześcijańskiego życia, jego podstawowa opcja. To spotkanie z kochającym Bogiem nadaje życiu człowieka nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie (por. DCE, p. 1). Nie jest to sytuacja idealistyczna, ale naturalna, zwykła, normalna sytuacja, postawa życia i postępowania człowieka.

Człowiek, który doświadczył w swoim życiu miłości jest zdolny do okazywania jej innym. To doświadczenie miłości całkowicie i trwale zmienia postrzeganie przez niego świata, innych i samego siebie. Pozwala mu dostrzec sens i wartość swojego istnienia. Miłość jest wezwaniem dla człowieka i dla Kościoła do opieki nad potrzebującymi, najsłabszymi i cierpiącymi, a nie środkiem do całkowitej likwidacji cierpienia.


Bibliografia
Benedykt XVI, Deus caritas est [w:] Wokół osoby i myśli Benedykta XVI, Sympozja 63, red. K. Glombik, Opole 2006, s. 126-155.
Kazimierz Wolsza, Miłość i metafizyczna wielkość człowieka według Benedykta XVI, tamże, s. 32-43.
Stanisław Rabiej, Integracyjna funkcja kultury [w:] Liturgia w świecie widowisk, Opolska Biblioteka Teologiczna, 82, red. H. J. Sobeczko, Z. Solski, Opole 2005, s. 29-39.
Witold Baczyński, Refleksje na temat encykliki „Deus Caritas Est” [w:] „Nasze Seminarium. Pismo Alumnów Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Świdnickiej” nr 1, Świdnica 2006, s. 16-17.
Karl Rahner, Herbert Vorgrimler, Antropologia [w:] Mały słownik teologiczny, Warszawa 1987, s. 14-17.
Hildegard Gollinger, Antropologia [w:] Praktyczny słownik biblijny, red. A. Grabner-Haider, Warszawa 1994, s. 44-45.
Stanisław Grygiel, Miłość – aspekt filozoficzny [w:] Katolicyzm A-Z, red. Z. Pawlak, Łódź 1989, s. 266-267.

Ks. Eugeniusz Mitek, Janusz Korczak jako wychowawca wśród dzieci katolickich

Ks. Eugeniusz Mitek

JANUSZ KORCZAK
JAKO WYCHOWAWCA WŚRÓD DZIECI KATOLICKICH




W 1919 roku w Pruszkowie Janusz Korczak zorganizował dom dziecka, znany w literaturze pod imieniem „Nasz Dom”. Przeznaczył go dla sierot pochodzenia polskiego; często mówiono: dla dzieci katolickich. Po siedmiu latach przeniósł Korczak sierociniec na Bielany do Warszawy. Administrację tego domu powierzył Marii Falskiej, ponieważ równocześnie prowadził drugi sierociniec pod nazwą „Dom Sierot”. W „Naszym Domu” przebywał Korczak zarówno w latach biedy i zapomnienia, jak również w okresie rozkwitu, dobrobytu i rozgłosu.1

Znając wartość religii w wychowaniu dzieci, a zwłaszcza sierot, Janusz Korczak zachował wszystkie tradycje świąteczne.2 Wiedząc, że „wiara jest potrzebna samotnym i smutnym dzieciom, zaprowadził w »Naszym Domu« wspólną modlitwę i śpiew religijny”3. Codziennie sto dwadzieścia sierot rano, w południe i wieczorem zwracało się do Boga pięknymi słowami Korczaka: „Błogosławionyś Ty, wiekuisty Boże nasz…”4

Podczas budowy „Naszego Domu” domagał się Korczak, ażeby architekt w planach budowy uwzględnił miejsce na kaplicę.5 „Twierdził, że dziecko – sierota, dziecko pozbawione czułości i opieki macierzyńskiej, musi mieć w swym okaleczonym życiu takie miejsce, gdzie może pomyśleć, poskarżyć się, popłakać samotnie, odbywać swe osobiste, intymne dialogi »sam na sam z Bogiem«”.6

On nie tylko pozwalał dzieciom, ale sam z nimi chodził na wieczorne modlitwy, podczas których klęczał wraz z wychowankami.7 Dopóki Korczak miał decydujący głos i wpływ w „Naszym Domu”, były tam przestrzegane prawie wszystkie formy katolickiego życia wychowawczego. Poza modlitwami porannymi8 i wieczornymi9 były modlitwy przed i po jedzeniu10. Nauka religii w szkole dla wszystkich wychowanków była obowiązująca11. W niedzielę zaś dzieci korczakowskie miały Mszę św. wraz z egzortą. Nawet na koloniach, gdy dzieci mieszkały z dala od kościoła, proszono księdza, by odprawił Mszę św. dla wszystkich wczasowiczów12.

Uroczyście obchodzono w „Naszym Domu” wszystkie święta w ciągu roku kalendarzowego. Bardzo uroczyście obchodzono Dzień Zaduszny, podczas którego modlił się Korczak z dziećmi za zmarłych wychowawców13. Ze szczególną radością oczekiwano św. Mikołaja14. Świętowano Boże Narodzenie i Wielkanoc15. Każdą wycieczkę rozpoczynano i kończono wspólną modlitwą przed ołtarzem16. Gdy dzieci szły do szkoły często nawiedzały przydrożne kościoły17. Sam Korczak nierzadko korzystał z Pisma Świętego, czytając swym dzieciom Ewangelię i Listy Apostolskie18. Ogólnie rzecz biorąc, Korczak nie chciał i nie umiał tłumaczyć dzieciom tajemnic życia, narodzin i śmierci bez interwencji Boga19. „Więc wiem, jedno wiem – mówił Korczak – że mieć dziecko to wielka odpowiedzialność wobec niego… trudno dziecko wychować. Obowiązek i odpowiedzialność przed narodem, światem, Bogiem i własnym sumieniem.”20

On wiedział, że życie religijne w rozwoju dziecka odgrywa ogromne znaczenie. Prawie wszystkie dzieci pamiętały21 swoje rodzinne domy wraz z różnymi formami życia religijnego. Korczak nie mógł pozwolić na to, by dziecko w zakładzie wychowawczym źle i obco się czuło. Za wszelką cenę starał się wytworzyć atmosferę życia rodzinnego włącznie z przeżyciami religijnymi. Stąd tak ostre zdanie skierował do Falskiej, gdy ta nie zgadzała się z wyżej podanymi poglądami: „Co pani da dzieciom w zamian za to?!”.22

Korczak był przekonany, że „dzieci muszą się modlić, one tego potrzebują”.23 Piotrowski w swej książce pisze, że „Korczak miał duszę na wskroś chrześcijańską. Więcej: prawie Chrystusową. Od Chrystusa miał tę wszechogarniającą miłość ludzką i wszelkich przejawów życia”.24

Nie stosował Korczak żadnego przymusu, ale jedynie przyzwyczajał na drodze dobrowolności do aktów pobożności. „Nie dajemy wam Boga – mówił do swych wychowanków – bo Go sami odszukać musicie we własnej duszy, w samotnym wysiłku… dajemy wam jedno: tęsknotę za lepszym życiem, którego nie ma, ale kiedyś będzie, za życiem Prawdy i Sprawiedliwości. Może ta tęsknota doprowadzi was do Boga, Ojczyzny, Miłości”.25

Troskliwość wychowawcza Korczaka przejawiała się na każdym kroku. Rano pierwszy wstawał, kierując swe myśli do Boga i do swych wychowanków. W ciągu dnia pracował bez przerwy w swoim „laboratorium psychologicznym”. Wieczorem niemal każde dziecko żegnał na dobranoc. „Śpij. Boże, czym obronisz tę duszę wrażliwą – szeptał – by jej życie nie stetłało się w błocie”.26

Wielu krytyków systemu wychowawczego Janusza Korczaka zastanawiało się nad tym, dokąd ta droga prowadziła wychowanków „Naszego Domu”. Odpowiedzi były różne, najczęściej uzależnione od zajmowanego kierunku wychowawczego. Należy jednak stwierdzić, że Korczak pracował przez całe życie zgodnie ze swoim sumieniem. U schyłku swego życia powiedział: „Znam w życiu prawa dwojakie: prawa ludzkie – przemijające i prawa Boskie – wieczne. Staram się żyć zgodnie z prawami Boskimi”.27 Do ostatniego dnia wypełniał obowiązki wychowawcy, gdyż „czuł wielką odpowiedzialność za powierzone mu dzieci wobec Boga i ludzi”.28 Kiedy zapytano go, czy sądzi, że ze śmiercią wszystko się kończy, odpowiedział: „Jestem pewny, że nie”.29 Po czym dodał: „Wydaje mi się, że ten inny lepszy świat, do którego się wyniosę, jest blisko, czuję go”.30 Będąc w obozie prosił o mszał rzymski, polsko – łaciński. Był mu widocznie potrzebny. Posłano mu też na wyraźną prośbę Ewangelie.31 Tam w getcie należał Korczak do najuboższych ludzi i takimi się opiekował na wzór św. Franciszka i św. Brata Alberta.32 „Tak, jak Ten, co na Golgocie krzyż dźwigał mozolnie – pisze o Korczaku Słonimski – idzie na miejsce kaźni, idzie dobrowolnie”.33 On, Korczak, „z Chrystusem jednoczył się w szczególnym umiłowaniu małych dzieci i wszystkich pokrzywdzonych. Na Nim zdawał się wzorować skromność i prostotę swoich postępów i obyczajów”.34 Kiedy przyszła ostatnia chwila w warszawskim getcie, po bohatersku poszedł wraz z dziećmi do wagonów śmierci, skąd „lokomotywa ze świstem potoczyła się w dół Wisły unosząc pasterza i jego owieczki”.35

Myśl katolicka w literaturze sięgnęła poza grób. „I z pewnością dogadał się ze Zbawicielem – pisze Piotrowski – gdy skrwawionym czołem przed Nim uderzył, przyprowadzając do Jego stóp gromadkę okrutnie pomordowanych dzieci”.36





PRZYPISY

Por. I. Newerly, Wstęp do „Wyboru pism” Janusza Korczaka, T. I, Warszawa 1957, s. XXXIV.
2 Por. S. Kunowski, Przegląd zagadnień pedagogicznych, „Homo Dei”, 3 (1959), s. 446.
3 H. Mortkowicz – Olczakowa, Janusz Korczak, Warszawa 1961, s.128.
4 Tamże, dz. cyt., s.129.
5 Tamże, dz. cyt., s.129.
6 Tamże, dz. cyt., s.129.
7 Tamże, dz. cyt., s.129.
8 Por. J. Korczak, Józki, Jaśki i Franki. Wybór Pism, T. II, Warszawa 1958, s. 401.
9 Tenże, dz. cyt., s. 407 i 409 n.
10 Tenże, Jak kochać dziecko, dz. cyt., T. III, s. 378.
11 Tenże, dz. cyt., s. 157.
12 Tenże, Józki, Jaśki i Franki .dz. cyt. T. II, s. 410.
13 Por. J. Korczak, Jak kochać dziecko, dz. cyt., T. III, s. 389..
14 Tradycję św. Mikołaja podtrzymywał Korczak od najwcześniejszych lat studenckich chodząc z darami po domach biednych dzieci. Zob. dz. cyt., T. I, s. 71.
15 Tenże, dz. cyt., T. III, s. 326.
16 Tenże, dz. cyt., T. II, s. 530.
17 Por. J. Korczak, dz. cyt., T. III, s. 220.
18 Por. M. Czapska, Ze wspomnień o Januszu Korczaku, „Tygodnik Powszechny”, 15 (1945), s. 3.
19 Por. H. Mortkowicz – Olczakowa, Janusz Korczak, Warszawa 1961, s.129.
20 J. Korczak, Pedagogika żartobliwa, dz. cyt., T. IV, s. 160.
21 Por. M. Rogowska – Falska, Wspomnienia, Warszawa 1959, s. 77 – 103.
22 H. Mortkowicz – Olczakowa, Janusz Korczak, Warszawa 1961, s.129.
23 M. Czapska, Ze wspomnień o Januszu Korczaku, „Tygodnik Powszechny”, 15 (1945), s. 3.
24 J. Piotrowski, Ojciec cudzych dzieci, Łódź 1946, s. 48.
25 M. Czapska, Ze wspomnień o Januszu Korczaku, „Tygodnik Powszechny”, 15 (1945), s. 3.
26 J. Korczak, Jak kochać dziecko, Wybór Pism, T. III, Warszawa 1958, s. 278.
27 J. Piotrowski, dz. cyt., s. 9.
28 M. Czapska, dz. cyt., s. 3.
29 I. Chmielewska, Janusz Korczak, „Kuźnica”, 40 (1948), s. 5.
30 M. Czapska, dz. cyt., s. 3.
31 I. Chmielewska, dz. cyt., s. 5.
32 Por. J. Piotrowski, dz. cyt., s. 9.
33 I. Chmielewska, dz. cyt., s. 5.
34 J. Piotrowski, dz. cyt., s. 48.
35 Tenże, dz. cyt., s. 13.
36 Tenże, dz. cyt., s. 48.

much is xi pro how much is acrobat xi pro photoshop cs6 extended student edition student discount microsoft version microsoft outlook 2016 purchase online

Copyright © 2011. All Rights Reserved.

CPR certification onlineCPR certification online